Cherry Choke
11 grudnia 1998
pokój numer 43
Nie ona jedna umarła tego dnia. Sześć pocisków opuściło rewolwerową lufę muskając powietrze metalicznym świstem. Zbyt wiele naboi zmarnowano tego dnia. Opadając w krzyku ginącej nadziei, nie miała czasu zamknąć oczu. Widziała wszystko to, o czym marzą destrukcyjne umysły nastolatków i bardzo szybko miała dość.
- Możliwe, że tak samo definiujemy życie, jednak pojęcie egzystencji jest dla nas obce. - Usiadła na parapecie.
Potrafiła zaciągać się szkodliwym dymem papierosa prowadząc ważne, filozoficznie rozmowy i nie nazywać się przy tym hipokrytką. Zakładała gęste pasma ciemnych włosów za ucho. Przypalała je zapalniczką, gdy usilnie próbowała zgasić swoje fizyczne uzależnienia.
Zanim trafiła do tego sierocińca miała przyjaciela. On był brzydki, ona czuła wstręt do zbliżeń. Ostatni razy przytulała swój cień chwilę potem, gdy rozszarpał go strach. Od tamtej pory nie pozwoliła się dotknąć, nawet pielęgniarce pobierającej krew.
- Myślisz, że ludzie byliby dla mnie milsi, gdyby wiedzieli, że jestem śmiertelnie chora? - pytała. - Czy mogłabym powiedzieć: "dzień dobry, jestem chora na raka, czy mogę stanąć w kolejce przed panem"?
- Wątpię - chłopak odpowiedział głosem mądrym i spokojnym.
Tak więc Cherry zakładała wtedy słuchawki na uszy i pozwalała muzyce regulować bicie jej serca. Nocami dławiła się wymiocinami, których powodem były powracające wspomnienia. Moczyła łóżko będąc już dużą dziewczynką i nie miała kontaktu z rówieśnikami. Od dłuższego czasu nie mogła przytyć. Momentami miała ogromny apetyt, jednak zawsze zwracała nieprzetrawiony i niesmaczny pokarm.
Tęskniła za domem. Szybko zapomina się złe momenty, gdy życie serwuje nam jeszcze gorsze scenariusze. I szybko uczy się złych manier, gdy jest nam choć trochę dobrze. Tak więc Cherry nie rozpakowywała swoich bagaży, nie przedstawiała się ludziom na korytarzu i nie częstowała nikogo chesterfieldami, które przemycała w malutkich miseczkach stanika.
Wieczorami stawała przed lustrem i dotykała się po ciele marząc o takiej czułości. Zasypiała potem grzecznie, by dać się obudzić w nocy. Rzadko krzyczała, nigdy nie podnosiła głosu, a na pewno nie wtedy, gdy mówiła o swojej rodzinie. Wspominając o rodzicach stawała się małą dziewczynką, na której oczach dokonano rzeczy nieludzkich; i perfekcyjnie ten obraz zachowano w jej głowie. Nigdy nie nauczyła się wymawiać w sposób właściwy słów najbliższych kochanemu dziecku.
Obiecała sobie, że nigdy nie pozwoli sobie zrobić krzywdy. Oprócz bagażu i złych wspomnień posiadła trzy noże, o których istnieniu powiadamia jedynie osoby bardziej zaufane - nie chce w końcu, by państwo zajęło się jej nielegalnym nabytkiem - oraz kota, którego czasem karmi szynką konserwową i garścią czułych słów, na które żaden kot i tak nie zwróciłby uwagi. Czując zapach ignorancji mieszany z wonią obiadów, niejadanych przez własne kucharki, nabrała obawy przed tym miejscem. Codziennie rano wypakowywała dosłownie parę rzeczy - szczoteczkę do zębów, mydło, ręcznik i świeżą bieliznę oraz plakat - wszystko ułożone równo w kompulsywnym nawyku, tylko po to, by tuż przed obiadem być spakowaną z powrotem. Plakat Doctora, na którego czekała jak mała Amelia, jak Alicja z białym kotem i synestezją zmysłów zamykaną w ciągłej tautologii jej pustego życia, składała równo, choć miał on już równo poprzecierane krawędzie.
"Even if there is no way back home
Mam nadzieję, że nikt nie zwymiotował z obrzydzenia, cóż, taka ze mnie pseudo artystka. Na wątki zapraszam, to na pewno będzie milsze niż czytanie karty. Pomysł na postać mam, ale nie chciałam tego ujmować w karcie, wolę rozwijać się w wątkach.
Dodałam parę zdań, zalinkowałam parę słów, tak to jest jak się pisze o 4 nad ranem i gra w Torchlight, a w tle leci The Pot.
Dodałam parę zdań, zalinkowałam parę słów, tak to jest jak się pisze o 4 nad ranem i gra w Torchlight, a w tle leci The Pot.